1. Zmiany kulturowe a rozwój jednostki
Rozpatrywanie dynamiki okresów rozwojowych bez perspektywy kulturowej wydaje się zupełnie bezzasadne. Nasze życie, zależne jest od zmian warunków, okoliczności, przemian świadomości społecznej. Co oczywiste więc zmiana, rozumiana tu jako rozwój, jest wypadkową tego co różni nas na poziomie indywidualnym i istoty zawartej w ogólnoludzkiej logice rozwoju
Pytanie jednak, na ile (w jakim stopniu) indywidualny rozwój determinowany jest przez tradycyjnie przyjęte cezury zmian, a na ile jest on wynikiem czynników zewnętrznych?
Wydaje się, że cywilizacja końca millenium jak żaden czas wcześniej, swym eklektyzmem, niedookreślonością, a jednocześnie, zdawałoby się zaprzeczenie - jednorodnym wektorem, który często nie zezwala na indywidualną percepcję, jest wyjątkowym zagrożeniem dla indywiduum. Czas ten, traktowany rzecz jasna umownie (weszliśmy niepostrzeżenie w nowe tysiąclecie) to okres, wg mnie, w dużej mierze pachnący nowym, wysublimowanym formalnie totalizmem na poziomie makro, choć szalenie tolerancyjnym na pierwszy rzut oka.
Popularny w ostatnich latach, atrakcyjny zapewne także ze względu na kasandryczność (w dużej mierze pozorną) wypowiedzi, socjolog Zygmunt Bauman pisze, że każdy ład ma swoje odmiany nieładu, i że sprzątając brud, będący naturalną konsekwencją istnienia czystości, funkcjonujemy w odwiecznym schemacie. Zmiana, dotycząca dynamiki, charakteru rewolucji, jak sądzi filozof, zasadza się na demontażu stanu zastanego i wprowadzaniu nowej formy. Co jednak, gdy to co wprowadzamy, nie zostaje wprowadzone, bo to, co po nim następuje wypiera je jeszcze przed powstaniem, przed momentem, w którym osiąga choćby elementarną tożsamość? Tożsamość, która nadawałaby sens powstania - dla społecznej struktury. Jeśli ci, którzy mieliby ją dostrzec, także po to, by poczuć się w jej ramach bezpieczniej, w sytuacji niezauważenia cezury muszą zmagać się z niepokojem. Jeżeli tak się dzieje, a zakładam, że z taką sytuacją mamy do czynienia dzisiaj, lęk który jest lękiem społecznym, determinuje nasz rozwój w sposób znaczący jak nigdy dotąd.
Rozwój jednostki w świecie, w którym przyszło nam żyć ma swoją nową, nieznaną wcześniej specyfikę. Posiadając wiedzę, zasoby niedostępne naszym przodkom, upijamy się nieprzyzwoicie tą otrzymaną wolnością. To co chroniło, w sztuczny zresztą sposób, przez wieki, czyli specyficzna hierarchia, błyskawicznie zanika. Dziś autorytetem może być już doprawdy każdy, kto znajdzie odpowiednie audytorium, a że filtr dla głupoty, w związku z nieograniczonym dostępem do publicznych wypowiedzi zanika - rozmywa się to co ważne, na rzecz tego co hałaśliwe. Z jednej więc strony (zakładając po raz kolejny nieprzyzwoicie wraz z całym zachodnim narcyzmem, że „my” to świat), żyjemy w przekonaniu, że wolność konkretnego człowieka jest wartością nadrzędną, i w imię praw pojedynczych „nas” (liczymy na regułę wzajemności?) jesteśmy w stanie poświęcić odrobinę komfortu społecznego. Z drugiej zaś konsumeryzm obezwładnia, upokarza w szermierczym pojedynku z wolną wolą.
Jeśli wspomniane przeze mnie prawo jednostki (boimy się np. przecież społeczeństwa w dużej mierze homoseksualnego, ale iskra niepokoju w nas, jest niemal alarmem chroniącym w naszym mniemaniu przed homofobią) jest buforem na którym zatrzymują się (a więc jednak i kumulują) nasze społeczne lęki, zrodzone być może przez dwudziestowieczne totalitaryzmy, to tym łatwej o to, by hasła wolności pozostawały na sztandarach, nie przekraczając poziomu atrybucyjnego.
Gdzie znaleźć genezę hamulca indywidualnego rozwoju? Jak dostrzec to wszystko, co ów rozwój zniewala, na forum hołubiąc - nie przecież jako anarchistyczny prąd, ale wielorodną burzę czystego indywidualizmu?
Wszelkie hipotezy obarczone są ryzykiem błędu. Osobiście sądzę, że świat neoliberalny, który z doktryny stricte ekonomicznej, przerodził się w prąd determinujący systemy etyczne, filozoficzne i społeczne, sprzyjający teoretycznie rozwojowi wolnej myśli, w rzeczywistości rozmywa struktury o które można się oprzeć. W połączeniu z multimedialnością otaczającej przestrzeni tracą siłę idee, koncepcje, toną one w powodzi dźwięków. Nikt nie jest w stanie tego skomentować, bo już ten komentarz tonie w nowym układzie, systemie, morzu dygresji. Jeśli radykalizm rodzi ekstremizm, jego konsekwencje są z góry przewidywalne – myślimy, ale niebezpieczniej jest, gdy jako ekstremizm traktujemy każdy rodzaj utrzymania niewidocznego szkieletu, o który można się oprzeć, a z którym można wszakże polemizować.
Tu nasuwa się czytelna konkluzja. Dopóty w imię ochrony jednostki zgadzamy się na jej czasem nieprospołeczne działanie, to pół biedy. Co jednak, gdy na fali frustracji społecznej zrodzonej z kryzysu nieporównywalnego z dzisiejszym (czym po prawdzie jest spadek PKB o 2 procent – łatwo wyobrazić sobie drastyczniejsze) kryzysem finansowym zrodzą się populizmy zagrażające większości? Istnieje, jak sądzę, ryzyko, że w pluralistycznej dyspucie zapomnimy o tym co bezpieczniejsze, kiedy należy zareagować zgoła radykalniej - by przed radykalizmem się ochronić.
2. Pop kultura i wieczne moratorium
Kolejnym zagrożeniem, dla odnalezienia swojej tożsamości w dzisiejszym świecie, dla przejścia z tożsamości lustrzanej do tożsamości osiągniętej, jest z pewnością kultura, która nas otacza, nazwijmy ją umownie kulturą pop. Świat w którym nawet kontestacja to już całkiem pokaźny show biznes. Przerażać może wymierność idei na poziomie mtv, ale też, nazwę to emtivizacja medialna. To co miało być w zamyśle zabawą, wygłupem, ale i kontrpropozycją (na poziomie anarchistycznej formuły), stało się nadrzędnym nurtem. To z czego mieliśmy wyrastać lub dystansować w chwili dochodzenia do tożsamości osiągniętej, zawiesza się, nie na poziomie moratorium - przedsionka „do”, ale stanu permanentnego.
Stajemy się konsumentami coraz to mniej refleksyjnymi. Wybory tak ważne dla jednostki jak i całych społeczeństw decydujące o wyborze ciał ustawodawczych wygrywa się na poziomie poetyki mtv albo się je przegrywa. Osławione public relations to niemal nowa religia, w którą wierzą już niemal wszyscy… i słusznie bo zbawienie rzeczywiście przychodzi. Jak pisze Campbell metafizyka konsumeryzmu stała się domyślną filozofią dnia dzisiejszego. Jak z kolei cytowany przez Baumana w „Szansach etyki w zglobalizowanym świecie” Bourdieu: przymus został zastąpiony przez stymulację, a autorytarne narzucanie wzorców przez uwodzenie”.
Przeciwko przymusowi bunt zdaje się naturalną konsekwencją, wobec niezauważalnego uwodzenia jesteśmy w dużej mierze bezsilni.
Jak przejść przez fazę adolescencji bez, choćby tak potrzebnego, naturalnego w tym czasie, buntu? Jak nie wycofać się w momencie gdy dociera do nas, że mamy do czynienia z buntem reglamentowanym? Duszność Orwellowskiego świata byłaby całkiem realna?
Naomi Klein w swojej książce „No logo” opisuje przypadek ucznia, który ubrał się koszulkę Pepsi Coli, w dzień w którym przyjechali do szkoły wysocy przedstawiciele (sic!) Coca – Coli. Chłopca natychmiast usunięto ze szkoły (w wynik protestów w całych Stanach po pewny czasie przywrócono).
Bestsellery z zakresu „empatii i psychologii” skierowane do adolescentów mówią: uważaj kiedy angażujesz się emocjonalnie. Inwestuj w siebie (jak w jednoosobową spółkę).
Naturalny bunt, który rodził się w momencie odkrywania obłudy świata dorosłych, traktowany jako element rozwojowy, ale i racjonalny, choć czysty głos młodych ludzi, zanika. Jako element adaptacyjny rozumiemy przygotowanie naszych dzieci do możliwie najszybszego wtłoczenia się w maszynę, w której zajęta pozycją jest trampoliną jednorodnie rozumianego sukcesu. „Mam czworo dzieci, nie pracuję, wychowuję te moje dzieciaki, mąż zarabia trochę ponad średnią krajową. Interesujemy się kulturą wschodu, dużo czytamy, jak na nasze warunki dużo podróżujemy. Dzieci chodzą do szkół publicznych. Najstarszy syn marzy żeby być stolarzem. Jestem kobietą, która osiągnęła sukces. Tak! mogę powiedzieć – jestem kobietą sukcesu.” To rzecz jasna list wymyślony – dziś w tej szerokości geograficznej uczmy nowej semantyki. Sukces ma zdecydowanie inne konotacje.
Młody człowiek na etapie tożsamości rozproszonej potrzebuje silnych i stabilnych wzorców. Potrzebuje dorosłych, którzy są solą porządku. W czasie gdy królowała kultura postfiguratywna, czy w części kofiguratywna, tak w dużej mierze było. Rodzice przekazywali schemat, w który nie bardzo sami wierzyli, wyidealizowany i hasłowy, oparty o zasady, jak twierdzi Hobbes (Bauman, 2007, s13), nienaturalne, jak np. Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. Jednak ten sztuczny garnitur postaw wydawał się dla młodych ludzi zgrabny, choć trudny do zaakceptowania (nakazy, zakazy). Czas, w którym młodzi dostrzegali niespójność literalnych jedynie zasad z życiem rodziców, był momentem na krótki czas zapalnym. Niebawem młodzieńcza energia ustępowała „rozsądkowi” i świat kompromisu odnosił po raz kolejny triumf. W dzisiejszym świecie postmodernistycznym, wkraczamy w nową, nieznaną figurę – kulturę prefiguratywną. Dorośli dość rozpaczliwie próbują pozostać młodymi, to co proponują swym dzieciom jest niespójne, chaotyczne nadmiernie eklektyczne. Dzisiejsi trzydziestolatkowi, mentalnie, ale i logistycznie nie są przygotowani do bycia oparciem. Iluzyjność świata, który propagowali przez setki lat rodzice, jest zbyt łatwa do zdemaskowania. Niewiedza rodzica na poziomie informacji, których przez lata był jedynym przekazicielem, sprawdzana jest przy pomocy kilku kliknięć myszką komputerową - w Wikipedii.
3. Nowy wspaniały świat
Stary system upadł, na nowy nie mamy pomysłu. Mikroświaty, które tworzone są poza rodzicielskim filtrem (formalny filtr skazuje dziecko na pozostawaniem w roli outisdera) są na tyle atrakcyjne, że nawet mając świadomość, rzadko kiedy sami z nich rezygnujemy. Jeżeli więc by przejść z etapu tożsamości lustrzanej na etap tożsamości moratoryjnej młody człowiek potrzebuje dorosłego, to propozycja, którą kierowalibyśmy do młodego człowieka musiałaby być szalenie atrakcyjna. Dająca na poziomie prymitywnej konsumpcji mentalnej to co dają substytuty trwania, a jednocześnie posiadająca to, co mogłoby wzbogacać, być dla młodego człowieka trwałym konstruktem.
Reasumując, trudno wokół dostrzec zalążek choćby koncepcji. Filozofów, socjologów opisujących stan obecny nie brakuje, trudno tam znaleźć nadzieję, raczej opisują oni zmierzch cywilizacyjny (chodzi rzecz jasna o myślicieli, którzy „nadają rytm”). Nadzieja, że każde przesilenie musi być początkiem nowej idei, jest w kontekście destrukcyjnych cywilizacyjnych ciągot mało krzepiąca. Dodatkowo absurdalny, prostacki duch political correts szerzący się także na uniwersytetach (chyba na wszystkich wyrosłych z koncepcji lewicowych) pacyfikuje płodną dyskusję, a ci którzy z nim walczą odstraszają, nie tylko u nas, misyjnością i paranoiczną wizją rzeczywistości.
W imię wolności ucieczka od wolności. Świat, w którym młodzi ludzie zmuszeni są walczyć o swoją tożsamość, na pozór wolny, daje szanse na rozwój, na najbardziej komfortowe w sensie rozwojowym wybory. W rzeczywistości wymaga od młodych ludzi ogromnej umiejętności filtrowania przekazu, sposobu jego przedstawiania, radzenia sobie z niepokojami pokolenia rodziców. Zachłyśnięci zdobyczami ostatniego dwudziestolecia (gdy mówimy już o naszym regionie Europy), nie zauważyliśmy, że poprzedni system chronił nas w dużej mierze przed konsumeryzmem, z którym świat zachodni już wówczas średnio sobie radził. Świat niewyborów w którym żyliśmy, pozornie wydawał się trudniejszy. Po prawdzie był monochromatyczny, dzięki temu znacznie bardziej czytelny.
„Dziś” to czas determinowany przez wskaźniki oglądalności. Dojrzewający i młodzi dorośli to „target” - im bardziej bezmyślny, tym wdzięczniejszy dla producentów. Im bardziej bezradny, tym chętniej „zażerający” niepokój. Być może więc przedłużające moratorium jest logicznym, racjonalnym wyjściem, będącym ucieczką, przed tym czego świadomie przyjąć nie sposób?
Trudno na dwóch stronach obronić śmiałą pewnie tezę, o zdecydowanej przewadze wpływu cynicznej rzeczywistości nad, w gruncie rzeczy dość trwałymi (znakomity i świeży! Wygotski), pomysłami na etapy rozwojowe dzieci i młodzieży. Jeśli się mylę, tym lepiej.
Łukasz Paczkowski
W powyższej wypowiedzi pozwoliłem sobie kontestować hipotezy rozwojowe zawarte w „Psychologicznych portretach człowieka”, pod red. A. Brzezińskiej